Pozwolę sobie zamieścić link do artykułu jaki w dniu dzisiejszym otrzymałem od Prezesa TPRIiG Artura Furdyny. Tytuł już sam mówi za siebie.
"Powrót do natury uratuje nas przed falą"
Podany adres należy skopiować i wkleić do przeglądarki.
http://polskatimes.pl/fakty/kraj/135168,powrot-do-natury-uratuje-nas-przed-fala,id,t.html#material_2
"Powrót do natury uratuje nas przed falą
Z Robertem Wawrętym, inżynierem środowiska, prezesem fundacji Towarzystwo na rzecz Ziemi, rozmawia Mira Suchodolska
Zmarnowaliśmy te dwanaście lat, które minęły od ostatniej wielkiej powodzi. Owszem, wybudowaliśmy trochę wałów przeciwpowodziowych, wyprostowaliśmy setki kilometrów rzek, ale nie na wiele się to zdało. Zwłaszcza że te metody uznawane są już na świecie za przestarzałe.
Bo dotychczasowe powodzie radykalnie zmieniły w wielu państwach poglądy na metody ochrony przeciwpowodziowej. Wpłynęły na to z jednej strony nieskuteczność i zawodność tradycyjnych środków ochrony przeciwpowodziowej, a z drugiej - potrzeba ochrony cennej przyrody dolin rzecznych. Dziś Europa realizuje kompleksowe programy ochrony przeciwpowodziowej. Szczególne osiągnięcia mają tutaj Niemcy.
Bo też Niemcy są krajem, który chyba najbardziej ucierpiał z powodu powodzi. Mam tu na myśli zwłaszcza Ren: najpierw został uregulowany, potem systematycznie wylewał, niszcząc m.in. stare miasto w Kolonii. Teraz nasi zachodni sąsiedzi starają się doprowadzić rzekę do stanu naturalnego - odzyskują tereny zalewowe, niegdyś mu odebrane, poszerzają obwałowania, aby rzeka, wylewając, powodowała jak najmniejsze straty.
Z Renem to było tak, że w celu poprawienia jego żeglowności w latach 1928-1977 uregulowano górny odcinek biegu tej rzeki od Bazylei aż do Iffezheim i zbudowano na nim 10 stopni energetycznych i obwałowano. Wycięto przy tym lasy łęgowe, które rosną właśnie w dolinach rzek i są naturalnym rezerwuarem wód powodziowych. Z tego powodu znacznie zmniejszyło się bezpieczeństwo przeciwpowodziowe dla obszaru na północ od zapory Iffezheim. Miasta, które przed 1955 r. były zalewane przez powódź raz na 200 lat, są obecnie zagrożone nawet co 50 lat. Teraz z tej przesadnej regulacji rzeki trzeba ograniczyć. Dzięki pracom prowadzonym w ramach zintegrowanego programu Renu zamierza się osiągnąć stan bezpieczeństwa powodziowego, jaki na tym obszarze istniał przed budową stopni wodnych. Planuje się też znaczne odtworzenie połaci łęgów nadreńskich.
To przedsięwzięcie wymagające wielkiej pracy i równie wielkich nakładów finansowych.
Ale się opłaca. Na terenie Niemiec i Francji przewidziano odzyskanie 6,8 tys. hektarów powierzchni umożliwiającej przyjęcie 260 mln metrów sześciennych wody, z czego aż 170 mln metrów przypada na obszar Badenii-Wirtembergii. Uzyskanie tego efektu będzie możliwe między innymi dzięki budowie szeregu polderów, czyli swojego rodzaju bocznych zbiorników retencyjnych, oraz odsunięciu obwałowań od rzeki. Interesującym przedsięwzięciem jest też metoda zwiększenia zdolności do zatrzymywania wody w okolicach Breisach. Zaplanowane prace obejmują poszerzenie terasy zalewowej na prawym brzegu górnego Renu.
Chodzi o to, aby zwiększyć obszar, gdzie woda może się swobodnie rozlewać, nie czyniąc krzywdy ludziom.
Chodzi o to, żeby oddać rzece przestrzeń i obniżyć wysokość fali powodziowej. Jeśli woda nie zalewa siedzib ludzkich, trudno przecież mówić o powodzi, prawda? Dlatego w rejonie Breisach dla uzyskania ok. 25 mln metrów sześciennych pojemności retencyjnej na powierzchni ok. 500 ha przewiduje się wybranie ok. 28 mln metrów sześciennych żwiru. Rozwiązanie to w prosty sposób pokazuje, że retencję można również uzyskiwać, niekoniecznie budując nowe obiekty hydrotechniczne.
Wiem, że nie tylko nad Renem próbuje się wykonać podobne prace.
W całych Niemczech prowadzone są podobne programy. Na przykład program ochrony przeciwpowodziowej w Rotenburgu nad Fuldą. Został opracowany pod wpływem katastrofalnych powodzi, które nawiedziły ten teren w latach 1984 i 1995. A stało się tak dlatego, że począwszy od XVII w., koryto Fuldy było przekształcane w wyniku meliorowania i regulacji brzegów. W ramach programu ekologicznej ochrony przeciwpowodziowej powstało ok. 20 ha płycizn, 20 ha terenów bagiennych oraz ok. 20 ha lasów łęgowych. Zaplanowano poszerzenie sztucznego koryta rzeki. Realizacja wszystkich zaplanowanych działań pozwoli na obniżenie wysokości fali powodziowej z 1995 r. o ok. 60 cm. W całych Niemczech budowane są poldery, poszerzane są obwałowania oraz prowadzone są na szeroką skalę działania z zakresu renaturyzacji rzek. Działa się także na rzecz tzw. odpieczętowywania środowiska, czyli zamiany nieprzepuszczalnych pokryć gruntów użytych np. do budowy parkingów na bardziej przepuszczalne, umożliwiające wsiąkanie wody do gleby.
A jak wygląda to w Polsce?
U nas uderzająca jest anachroniczność myślenia i działania. Ochrona przeciwpowodziowa polega przede wszystkim na regulowaniu rzek, budowie bądź dalszym podwyższaniu obwałowań oraz budowie zbiorników zaporowych. Są to działania przypadkowe, chaotyczne, niewynikające z kompleksowych planów ochrony przeciwpowodziowej. Jeśli już z czegokolwiek wynikają, to z układów politycznych i silnej presji lokalnych społeczności, którym od lat wmawia się, że jedyną skuteczną formę ochrony stanowi zabudowa rzek. W rezultacie projekty regulacji przekształcają małe cieki w rowy melioracyjne o trapezowym przekroju koryta. Powoduje to łańcuch negatywnych skutków, m.in. intensyfikację zjawisk powodzi i suszy, a także nakręcanie spirali dodatkowych nakładów finansowych potrzebnych na utrzymanie już wykonanych obiektów (często "chroniących" pastwiska i inne użytki zielone) i likwidację ich ujemnych oddziaływań. Za szczyt absurdu należy uznać prace wykonywane pod hasłem ochrony przed powodzią na wysokości fragmentów lasów łęgowych wymagających okresowych zalewów, a także innych podmokłych siedlisk. Tym wszystkim działaniom prowadzącym w wielu przypadkach do zwiększenia zagrożenia powodziowego towarzyszy zabudowa terenów zalewowych. Cóż z tego, że wykonujemy tzw. mapy terenów zalewowych informujące ludzi o ryzyku zagrożenia powodzią, skoro w bezpośrednim sąsiedztwie rzek i potoków pojawiają się kolejne domostwa. Zapisy prawa polskiego okazują się bowiem zbyt miękkie, ponieważ nie wynika z nich bezwzględny zakaz inwestowania w terenie zalewowym, co w konsekwencji prowadzi do wzrostu strat materialnych podczas powodzi.
Myśli Pan, że w Polsce możliwa jest efektywna i przyjazna środowisku ochrona przeciwpowodziowa?
Oczywiście, że tak. Uważam na przykład, że powinno się ograniczyć zakres prac przewidzianych w programie "Poprawa bezpieczeństwa przeciwpowodziowego Wisły Środkowej od Koszyc do Płocka", który ma kosztować 66 mln euro, a obejmuje budowę i modernizację ostróg nadwiślańskich oraz podwyższenie obwałowań. W zamian lepiej jest wybudować, jak proponuje nasze stowarzyszenie, cztery poldery w miejscowościach: Świeciechów, Gołąb, Stężyca i Holendry Kuźmińskie. Z naszych wyliczeń wynika, że gdyby na Wiśle pojawiła się taka duża powódź jak ta z 1962 r., to tylko w rejonie Warszawy uzyskalibyśmy efekt jej redukcji w granicach 40-50 cm. To naprawdę dużo.